|
Na gigancie
Peter
Lamborn Wilson
We współczesnych
męskich ruchach emancypacyjnych pojawia się tęsknota za takim
rodzajem duchowości, która różnić się będzie
od patriarchalizmu cywilizacji typu babilońskiego. Paradygmat
ten wspiera teza o rzekomym istnieniu pierwotnego matriarchatu.
I rzeczywiście, paleopsychologia przedstawia solidne dowody
potwierdzające jej prawomocność. Na przykład Tiamat, zniszczone
przez męskiego boga Marduka monstrum Chaosu, posiadało wyraźne
cechy kobiece. Z kolei, antropologia ukazuje przed-babilońskie
społeczności zbieracko-łowieckie jako istniejące pod wyraźną
dominacją pierwiastka żeńskiego, wodnego, cienistego.
W takiej to wizji
podchodzącej krytycznie do współczesnego społeczeństwa
patriarchalnego pre-historia, historia i post-historia postrzegana
jest jako rodzaj wahadełka, które tyka między matriarchatem
a patriarchatem. Opisywany przez niektórych autorów
pierwotny matriarchat budzi podejrzanie, ponieważ wydaje się
parodystycznym odwróceniem patriarchalnego kłamstwa,
które powiadało, że świat "się rozpoczął" wtedy, gdy
zniszczono odrażającą Tiamat.
Czytałem ostatnio
artykuł, w którym ktoś odkrywał banalną prawdę antropologii,
że zawsze można znaleźć jakieś plemię, którego kod
moralny kłóci się z kodami moralnymi pozostałych plemion.
To co dla jednych jest "grzechem," dla innych może być "cnotą".
Autor tego artykułu proponował wykorzystanie relatywizmu kulturowego
dla teoretycznego wsparcie pojawiających się nowych moralności
seksualnych w naszym społeczeństwie. Ale zaraz potem ostrzegał,
że niektóre z tych plemion posiadają "cnoty", które
można by uznać za odrażające, nawet w ramach porządnego jak
na liberałów przystało relatywizmu kulturowego. Przytoczył
w tym kontekście chyba szowinizm męski, a nie kanibalizm czy
polowanie na ludzkie głowy... zapewne przez wzgląd na delikatność.
W każdym bądź razie, autor nie dostrzegł sedna sprawy. Moralność
nie jest zdeterminowana jakimś kodem genetycznym/memetycznym,
chociaż tak się właśnie zdaje każdemu wyizolowanemu plemieniu
(naszemu również). Przeciwnie,
możemy sobie wyobrazić wszelką moralność, a co za tym idzie
żadną. Nietzsche nazywał tę chwilę śmiercią Boga. Tym niemniej,
w późnych notatkach w Woli Mocy dopatrywał
się w niej zmartwychwstania Dionizosa.
Arogancki macho-marsowy
babiloński/patriarchalny terror u podstaw samej cywilizacji
okazał się w istocie pusty. Ten stary, znoszony truposz chwieje
się i kiwa na ociekającym tłuszczem tronie. Obecnie wiele
osób, niezależnie od swej płci, pragnie silnego antidotum
w postaci ducha kobiecości. (Pozwólcie, że posłużę
się tu swoim przykładem. Oddaję cześć hinduskiej bogini Tarze
oraz bogini morza i księżyca z Nowego Świata, Yemayi, która
cieszy się wielką popularnością w Nowym Jorku.) Jestem wszakże
anarchistą, a więc nie za bardzo podoba mi się słowo matriarchat.
Słowa kończące się na -iarchiat sprawiają, że
chce mi się sięgnąć (oczywiście, metaforycznie) po małe czarne
bombki, wysadzające wszystkie językowe systemy kontroli i
gramatyki zniewolenia. Nie sądzę, że czułbym się lepiej pod
rządami królowej Mamuśki niż pod władaniem króla
Ojczulka.
O wiele lepszym emblematem
na flagę utopii rodzącej się w szparach i pęknięciach babilońskiego
monolitu "pustego dyskursu" jest archetyp Androgyna. Hermes/Afrodyta
- oto właściwy znak Tao. Niechaj mi będzie wolno także zauważyć,
że pewna okultystyczna logika sugeruje, że po Wieku Matki
(Tiamat, Epoka Kamienia Łupanego) i Wieku Ojca (Marduk, Nowa
Epoka Kamienia Łupanego aż po czasy współczesne) może
nastąpić nie tyle powrót Matki co Wiek Dziecka.
W pewnej mierze, Dziecko
lepiej od Matki symbolizuje strukturę społeczności zbieracko-łowieckich.
Te nieliczne zachowane plemiona zwykle traktuje się jak dzieci,
które należy karać i cywilizować - "udoroślać". Ich
nie-autorytarne struktury polityczne przypominają struktury
spontanicznych gangów dziecięcych, rozwijających się
wśród dzieci na całym świecie. Tego rodzaju gangi postrzega
się w naszym świecie jako "wyrostki młodzieńcze", lecz w społecznościach
zbieracko-łowieckich dzieci często posiadają własne loże,
stanowiące gangi wewnątrz większych gangów plemiennych.
Indianie Równin Amerykańskich rozwinęli bardzo wyrafinowane
wersje modelu społecznego "gangu dziecięcego", w których
śmiałość, wizję i przygodę uznawano za najwyższe wartości.
Był to model "demokratycznego" szamanizmu. Przywódcy
wyłaniali się spontanicznie w zależności od sytuacji. Gangi
dziecięce posiadają pewną skłonność do podziału płci: dziewczynki
i chłopcy często mają oddzielne loże i "wtajemniczenia". Ten
podział jednakże bardziej odzwierciedla dwuznacznoość
płci, aniżeli wojnę płci. Grupki mężczyzn i kobiet
poruszają się w magicznym świecie kulturowego homoerotyzmu.
Kiedy pojawią się w cywilizacji typu babilońskiego, otrzymają
etykietę agentów chaosu, wilczej czeredzi, mannenbunden,
czarowników, czarownic, cyganów, włóczęgów,
przestępców, ludzi marginesu, zboczeńców. Dziecko
jawi się jako demoniczny Inny, uwieczniony w niezliczonych
koszmarach, lub też jako archetypowa ofiara satanistycznych
zbrodni - w każdym z tych przypadków, jako obcy.
Jakimś cudownym zbiegiem
okoliczności udało mi się podczas pisania tego eseju natknąć
na artykuł o gangu dziecięcym, który znakomicie obrazuje
moją tezę. Opis tego gangu znalazłem w książce o melanezyjskich
kultach cargo (P. Worsley, The Trumpet Shall Sound,
New York, 1968), a pochodził on ze wspomnień brytyjskiego
urzędnika kolonialnego, A.B. Brewstera, The Hill
Tribes of Fiji (London, 1922).
Mam tu na myśli Wodne
Dzieci (Luve-ni-wai, Dzieci Wody). Nie był to
zwykły kult cargo ani tradycyjna plemienna grupa młodzieżowa
w rodzaju tych opisywanych przez Malinowskiego czy Mead. Kult
ten, chociaż opierał się na micie plemiennym, powstał wszakże
całkiem niedawno. Pojawił się w latach 80-tych i 90-tych ubiegłego
stulecia w ramach "odrodzenia pogańskiego" przeciwstawiającego
się rosnącemu wpływowi metodystycznych misjonarzy.
Brewster pisze, że ruch
zainspirowali "magicy", vu-ni-nduva, którzy
wprawiali w zdumienie swoich popleczników typowymi
sztuczkami magicznymi. (We współczesnej antropologii
panuje zgoda co do tego, że korzystanie przez szamanów
ze "sztuczek magicznych" nie stanowi dowodu ich hipokryzji.
Uzdrowiciel może "oszukiwać" pacjenta w trakcie leczenia,
nadal wierząc w duchy, poziomy istnień i tym podobne sprawy
z kosmologii szamańskiej.)
Ów kolonialny obserwator
powiada nam, że chociaż Luve-ni-wai posługiwali
się znakami okultystycznymi i wykonywali "dziwne obrzędy",
uznawano ich początkowo jako "rodzaj republiki młodzieżowej",
czy też "formę młodzieżowej rozrywki". Nazwa kultu pochodziła
od baśniowych "faunów", którzy mieli zamieszkiwać
lasy i wody, malców o długich włosach w tradycyjnym
stylu, "a przy tym bardzo przystojnych". Według opowieści,
chłopcy spotykali te przyjazne duchy w lasach, uczyli się
od nich pieśni i tańców. W miejscach spotkań zataczali
"bajeczne kręgi", które następnie oczyszczali, dekorowali
kwiatami i zabezpieczali magicznie.
Aby przystąpić do ruchu,
chłopiec musiał otrzymać osobistego strażnika spośród
tych leśnych stworzeń. Modlił się o to w buszu, składał w
ofierze kavę i czekał aż duch wstąpi w jego ciało.
Przyjmował wtedy nowe imię, pochodzące zwykle od nazwy kwiatu.
Pomniejsze duchy totemiczne
i opiekuńcze, takie jak wróżki i rusałki, przedstawia
się jako dzieci, bądź w jakiś sposób łączy się je z
dziećmi. I nie ma to nic wspólnego z dekadencką sentymentalizacją
postaci, które "pierwotnie" były straszne, chtoniczne,
kosmate i niesamowite. Kruk, bóg-oszust Indian Północno-Zachodnich,
pojawia się zarówno jako wielki ptak z erekcją oraz
jako młodzieniec. Dorastające dziecko postrzega się jako natura
naturans ( "Naturę w stanie naturalnym") w przeciwieństwie
do nie rozwijającego się dorosłego, który jest natura
naturata, "nieszkodliwym" reprezentantem kultury. W żargonie
antropologicznym mówi się również, że dziecko
jest progiem bądź postacią przejściową, na pograniczu człowieka
i zwierzęcia, kultury i chaosu.
Wodne Dzieci w trakcie
swego rozwoju związały się z inną, bardziej dojrzałą, upolitycznioną
i anty-kolonialną sektą neopogańską, Tuka. Można powiedzieć,
ze już w 1884 roku ruch ten wyrwał się spod kontroli w Serei,
największej wiosce we wschodnim Tholo. Jeden z urzędników
napotkał wszystkich młodzieńców i chłopców zgromadzonych
w świątyni w otoczeniu szamanów. Podczas stawiania
oporu 44 z nich zostało aresztowanych, w tym ich przywódca,
Pita, zesłanych do Vunindawy i poddanych karze chłosty. Przez
przeszło sześć lat nikt nie słyszał o Luve-ni-da
w tym rejonie. Potem zaś, w 1890 miejscowy przedstawiciel
rządu wyjechał gdzieś na osiem miesięcy, co wystarczyło, by
po powrocie ujrzał ruch Luve-ni-dai i Tulka
na nowo "rozkwitający". Wielu młodych przesłuchano i zesłano
na trzy miesiące ciężkich robót.
Brewster uważał te wczesne
fazy ruchu za całkiem niewinne. Pisał: "...w moim mniemaniu
nie był to wcale ruch wywrotowy. Sprawiał, że chłopcy stawali
się zuchwali i niepodporządkowani, a czasami posuwali się
do kradzieży. Nie sądzę, żeby było coś w tym szkodliwego,
dopóki jego uczestnicy odżegnywali się od kradzieży
i darzyli szacunkiem swoich starszych. Jest w tym natomiast
odrobina poezji i romantyzmu".
Po stłumieniu Luve-ni-dai,
Brewster starał się odciągnąć chłopięce umysły od kłopotów,
popularyzując wśród nich... grę w krykieta! No i przeliczył
się. Jego kluby krykieta stały się tajnymi frontami Wodnych
Dzieci, rozwijającymi się komórkami anty-kolonialnej
walki, a w ciągu kilku lat ich przywódcy znaleźli się
w więzieniu.
Gdyby antropologowi zdarzyło
się wędrować po amerykańskich deptakach, odkryć bandę dzieciaków
w prawie obrzędowym stroju i zdobyć ich zaufanie, w rozmowie
z nimi pojawiły by się te same odwieczne tematy co w historii
Luve-ni-wai. "Republika dzieci", posługiwanie
się środkami odurzającymi, poszukiwanie wizji, poszukiwanie
tożsamości oraz rytualne nadawanie sobie imion, "poezja i
przygoda" (estetyka spontaniczności), bunt przeciwko autorytetowi
dorosłych (zarówno "starszych" z najbliższego klanu
jak i odległej władzy) - taniec, muzyka, a nawet opętanie
i okultyzm.
Wolałbym jednak by antropolog
nie opublikował tych odkryć. Ponieważ każda tajemnica wyniesiona
na światło dzienne i objawiona w mediach staje się własnym
przedstawieniem i ulega zniekształceniu. Delikatny i subtelny
kwiat naszego wyobrażenia o wolnym duchu młodzieży nagle staje
się "Kulturą Młodzieżową", którą otaczają wieści i
wiadomości o "Młodzieży z Problemami" z danymi socjologicznymi
i sensacyjnymi zdjęciami. Pod ostrzałem takich spojrzeń, jak
zauważył Foucault, każde rozpatrywane zjawisko jakoś tajemniczo
zanika.
Tym niemniej, życie dziecięce
nie przepadło, a jedynie "zostało doprowadzone do zaniku",
by użyć celnego sformułowania latynoamerykańskich polityków.
Pogrzebano je pod pustym wizerunkiem życia dziecięcego, które
spełnia wszystkie pozytywne i negatywne oczekiwania instytucji
zainteresowanych consensusem społecznym. Tyle że życie dziecięce
jest czymś organicznym i nie da się stłumić kulturze. Być
może, stało się niewidzialnym imperium zmysłów. [...]
Skoro jednak wymyka się ono wszelkim testom, głosowaniom,
badaniom i analizom, jaką możemy mieć pewność, że w ogóle
istnieje?
Być może, życie dziecięce
należy do tych spraw, o których nie dyskutuje się w
kulturalnym towarzystwie [...].Znajduje się w miejscach granicznych,
na granicach miasta, tam gdzie pleniące się leśne krzewy zamazują
granice między strefą mieszkalną a dziczą, lub też w łóżku,
między jawą a snem. Istnieje nawet w subiektywnym doświadczeniu
zapośredniczonych obrazów, które mogą przechodzić
pewne radykalne reinterpretacje, które mogą zostać
wchłonięte w kompleksy znaczeniowe nie zaplanowane przez ich
twórców, które już nie są biernie konsumowane,
ale aktywnie przekształcane w wyobraźni, w spontanicznym rytuale,
w widzeniu.
Pisanie o tym mija się
z prawdą. Nie wolno tego zdradzić - ale nie da się
tego zdradzić, ponieważ każda próba ukazania tego skazana
jest na porażkę. To jest latif (w języku arabskim,
"coś subtelnego", jak w alchemii). W rzeczywistości, okultyści
współcześni rozważają pojawienie się "nurtu" Dziecka,
którego czasami nazywa się Horusem. Neotenia
- pojęcie naukowe oznaczające gatunki nie posiadające "dojrzałej"
formy - pasuje zarówno do axolotla (któremu
odrasta zgubiony ogon) jak do istot ludzkich, które
są w stanie przekroczyć swój "los" genetyczny i społeczny
dzięki regeneracyjnej zdolności wyobraźni.
Wędrujący derwisz nigdy
nie "dorasta". Spędza czas na "nieustannym świętowaniu" (Nur
Ali Shah Esfahani) jak "cyganka lub też żebrak" (Fakhroddin
Iraqi). W przeciwieństwie do ortodoksyjnych Sufi, derwisz
(qalandar, maulang) odrzuca obowiązki
życia dorosłego, odczuwając je jako przeszkody na drodze rozwoju
duchowego. Przynależy do radykalnej arystokracji bezrobotnych
jak włóczędzy w Ameryce epoki kolei żelaznej. Przemieszczając
się z miasta do miasta, czasami przestrzegając reguły nie
odwiedzania po dwakroć tego samego miejsca (albo nie przebywania
w jednym miejscu dłużej niż na 40 dni), derwisze byli zapowiedzią
współczesnego nomadyzmu miejskiego (szczególnie
świadomego poetyckiego "dryfu" Sytuacjonistów,
derive). W istocie, ujawnili nam duchowość nomadyzmu
miejskiego.
Posłużmy się może pewnym
szczególnym konceptem, który dostarcza nam nauka
o symbolice potrafiąca wiązać wszystko ze wszystkim i pozwólmy
sobie na kilka skojarzeń: od Sufich do Assassynów,
od Assassynów do Templariuszy; a następnie do Bafometa,
może nawet Bafometa Klossowskiego, głowy Maura służącej spontanicznym
rytuałom mistycznej pederastii; potem zaś do Williama Burroughsa
i Dzikich Chłopców.
Wszystkie utopie jednopłciowe
w fantastyce naukowej niweczy resentyment wobec
płci odmiennej. Z drugiej strony, opowieści te wyzwalają pewną
dobroczynną moc (mana, baraka) w obrazie
własnej płci. Jeśli chodzi o mężczyzn, myślę tu o Samuelu
Delanym. oraz o trylogii Storm Constantine Wraeththu
(tyle że Constantine jest kobietą). W przypadku kobiet, myślę
o Angeli Carter, Leonorze Carrington; opowieść Rachel Pollack,
"Burning Sky" przedstawia Dzikie Kobiety, feministyczną wersję
popularnego mitu Burroughsa - mitu zmiennokształtnej młodzieży
erotycznej, wilkołaków, stowarzyszenia jaguarów.
Cała ta grupa tematyczna
da się podsumować jednym nagłówkiem estetyki
chaosu, estetyki Tiamat, odmiennej od zwyczajnej estetyki
wspaniałości Porządku władającego cywilizacją, estetyki Marduka.
Pamiętajmy wszakże o tym, że wyszliśmy poza dualizm męsko-kobiecy,
który powraca w licznych obsesjach szanowanych feministycznych
komentatorek historii/herstorii. Weszliśmy pod znak Dziecka,
które jakoś wymyka się płci, jakby nasze dzieci przynależały
do trzeciej płci (co uzasadniał H. de Montherlandt). Istnieją
gangi chłopców i gangi dziewczynek, a także gangi mieszane,
lecz wszystkie są w pewnym sensie androgyniczne.
Gangi dziecięce znikają.
Nie stawiają czoła "autorytetowi dorosłych", ale po prostu
unikają dorosłości. Indianie z Amazonii strzelający do helikopterów
po prostu chcą zachować niewidzialność. Grupy wyrostków,
grupy mieszańców, wspólnoty heretyckie, cyganie,
wyzwoleńcy, hippisi - wszystkie te "gangi dziecięce" pryskają
sprzed oblicza policyjnego terroru i sztywności Marduka. Jako
piraci żerują na społeczeństwie, jako mnisi modlą się o społeczeństwo,
ale w każdym z przypadków unikają jego uciążliwej banalności,
w tym również obowiązku sakramentu płci. Tego rodzaju
znikanie, jak powiada Baudrillard (w Fatal Strategies)
jest samo w sobie rodzajem powstania. W obliczu pustego dyskursu
władzy, tej symulakrii, którą stał się Babilon, ta
niewidzialna przeciw-władza posiadana przez typy z marginesu
może się okazać taktycznie żywotna. Może przyjąć rolę broni
wadżry albo aikido, w którym "zwycięża
się" dzięki unikaniu mocy.
Gang dziecięcy wyrzeka
się również pośrednictwa. Pragnie własnego
snu. A nade wszystko, chce by jego życie codzienne przesiąknięte
było cudownością (w dadaistycznym, surrealistycznym lub sufickim
tego słowa znaczeniu). Cudowność oznacza obecność,
a przez to nie może być przedstawiana. Rycerze Króla
Artura, ów gang chłopięcy skupiał swoje istnienie na
jedynej cnocie przygody. Uznawali za cudowne to, co
im się przydarzało. Albowiem można naprawdę żyć dopiero wtedy,
gdy zniknie się sprzed śmiertelnego spojrzenia Babilonu, jednostajności
Porządku.
Powiada się (szczególnie
w naszej Cywilizacji bezpieczeństwa), że jest to niebezpieczny
pomysł. To prawda. Na tym właśnie polega przygoda. Porządek
zawsze ma coś do powiedzenia. A więc może i my powiedzmy o
pięknej idei, która jest paradoksalnie bardzo tradycyjna,
o idei duchowości boskiego nieporządku., być może o odrodzeniu
Dionizosa.
Gang dziecięcy może się
zdegenerować w duchowość "faszystowską", lecz może także unaoczniać
coś, co da się nazwać duchowością anarchistyczną: radykalnie
monistyczną, znajdującą się po stronie dzikości (a więc "zieloną"),
erotyczną, spontaniczną, zabawną - a zatem artystyczną. Ta
sztuka dąży do totemizmu i ponownego odkrywania paleolitycznej
psychiki. Stanowi chorobę cywilizacji, jednocześnie nie podatną
na zachorowania dzięki kontemplacji symbolu swojej energii.
Jej energia porusza się raczej w przestrzeni niż w czasie:
nie wiąże ją historia. Jest "zawsze młoda".
Ponowne odkrycie Bogini
i Nowej Męskiej Duchowość dostarcza solidnego gruntu pod wyłonienie
się kompleksu, z którego ludzkie ścieżki zmierzają
ku "wyzwoleniu". Niemniej jednak, dla niektórych struktura
boga/bogini jest nazbyt ciężka, zawiera zbyt wiele cierpień
edypalnych, zbyt wiele reprezentacji rodziny nuklearnej i
jej cząstkowych niezadowoleń. Muszą oni przekroczyć duchowość
Ojca i Matki, a nawet ją "zanegować" jak pewien dziki chłopiec.
Nie mówię tu o wizerunku Nowego Mężczyzny ani Nowej
Kobiety, tylko Dziecka, dziecka znajdującego się na gigancie,
na początku wielkiej przygody.
Z języka angielskiego przetłumaczył Dariusz
Misiuna
(Peter Lamborn Wilson,
Runaway Child, w: Choirs of the God, Revisioning
Masculinity, ed. John Matthews, London 1991, s. 207-214)
|