Dlaczego należy
zaprzestać najdłuższej wojny XX wieku: wojny przeciwko narkotykom
Thomas S. Szasz
"Gdyby rząd miał nam wyznaczać lekarstwa
i dietę,
nasze ciała byłyby w takim stanie, w jakim teraz
znajdują się nasze dusze. We Francji emetyk zabroniony
byłby jako lek, a ziemniak jako artykuł żywnościowy"
Thomas Jefferson (1781)
I
Na pierwszy rzut oka wojna przeciwko
narkotykom skierowana jest przeciwko "niebezpiecznym"
narkotykom. Tyle że substancje, które nazywamy "narkotykami",
są zwykłymi produktami przyrody (np. liście koki) albo też
wytworami ludzkiej pomysłowości (relanium). Są to przedmioty
materialne - liście i ciecze, proszki i pigułki. Jak zatem,
z punktu widzenia logiki, ludzkość może prowadzić wojnę przeciwko
narkotykom? Trzeba być ślepym by nie widzieć, że musi to być
wojna w metaforycznym znaczeniu tego słowa. Stanowi ona upust
agresji pewnej kategorii ludzi przeciwko innej kategorii ludzi.
To smutne, jak bardzo destrukcyjność takiej wojny jest zaćmiewana
przez tępy opór współczesnych ludzi przed dowiedzeniem się
prawdy o narkotykach oraz przez gorliwość polityków do wykorzystywania
tegoż oporu. Słowo "narkotyk" powinno przynależeć
do języka nauki, tymczasem stało się ono częścią języka polityki.
Dlatego właśnie nie można mówić o "neutralności"
leków: są one albo dobre albo złe, albo skuteczne albo nieskuteczne,
albo pożyteczne albo szkodliwe, legalne bądź nielegalne. Oto
dlaczego posługujemy się narkotykami równocześnie jako lekarstwami
na choroby i jako kozłem ofiarnym w walce o bezpieczeństwo
osobiste i stabilność polityczną.
Jeśli historia uczy nas czegokolwiek, to tego, że ludzie posiadają
olbrzymią potrzebę tworzenia grup oraz że poszukiwanie kozłów
ofiarnych jest często niezbędnym warunkiem dla ustanawiania
spójności społecznej wewnątrz takich grup. Stąd, uznawana
za samo wcielenie zła, prawdziwa natura kozła ofiarnego nie
poddaje się jakiejkolwiek racjonalnej analizie. Kiedy kozioł
ofiarny staje się uosobieniem zła, dobry obywatel nie musi
go rozumieć, tylko nienawidzić i uwalniać od niego społeczność.
Próby zanalizowania bądź uchwycenia tego rytuału społecznego
oczyszczenia z kozła ofiarnego traktowane są jako coś nielojalnego,
czy też wręcz jako atak na "spójną większość" i
jej interesy.
Moim zdaniem tzw. "wojna przeciwko narkotykom" jest
niczym innym jak tylko jeszcze jednym wariantem pradawnej
ludzkiej namiętności "oczyszczania się z grzechów"
poprzez odgrywanie okrutnych dramatów kosztem prześladowanych
kozłów ofiarnych. Dawniej byliśmy świadkami świętych wojen
religijnych wymierzonych w tych, którzy wyznawali złą wiarę;
nie tak dawno temu przeżyliśmy wojny rasowe i eugeniczne skierowane
przeciwko ludziom o złych kodach genetycznych; obecnie, jesteśmy
świadkami medycznych czy też terapeutycznych wojen toczonych
z ludźmi, którzy korzystają z niesłusznych leków.
Nie zapominajmy o tym, że to współczesne państwo jako aparat
polityczny posiada monopol na prowadzenie wojen; samo dobiera
sobie wrogów, ogłasza przeciw nim wojnę i czerpie z niej korzyści.
Warto w tym kontekście przypomnieć sobie klasyczne spostrzeżenie
Randolpha Bournea: "Wojna jest zdrowiem Państwa, ponieważ
automatycznie uruchamia w społeczeństwie czynniki uniformizacji,
zapartej kooperacji z rządem, zmuszając do posłuszeństwa grupy
mniejszościowe i jednostki pozbawione instynktu stadnego".
Nie zapominajmy też o tym, że zaledwie 50 lat minęło od czasu,
gdy Hitler podburzył Niemców przeciw Żydom, "tłumacząc"
im na różny sposób, że Żydzi są niebezpieczni dla Niemców
zarówno jako dla jednostek, jak i dla narodu. Miliony Niemców,
a wśród nich czołowi naukowcy, lekarze, prawnicy, dziennikarze,
uwierzyło w bajkę o "niebezpiecznych Żydach" - zaakceptowano
ułudę mitu rasowego, dodawano sobie animuszu rosnącą miłością
własną i wynikającą z niej solidarnością, ponieważ wszyscy
zauroczeni byli perspektywą "oczyszczenia" narodu
z "nieczystości rasowych". We współczesnych Niemczech
prawie nikt już nie wierzy w mit "niebezpiecznego Żyda",
jakkolwiek ta zmiana postawy z pewnością nie ma nic wspólnego
z nowymi badaniami naukowymi na temat problemu "niebezpiecznych
Żydów".
Mutatis mutandis. Każdy prezydent amerykański od czasów Johna
F. Kennedyego wraz z innymi politykami prowadził naród amerykański
na krucjatę przeciwko "niebezpiecznym lekom", "tłumacząc"
mu na różny sposób, że narkotyki niszczą osobowość Amerykanów
oraz ducha Ameryki jako narodu. Miliony Amerykanów, a wśród
nich czołowi naukowcy, lekarze, prawnicy, dziennikarze, wierzy
w bajkę o "niebezpiecznych lekach" - akceptują oni
ułudę tego farmakologicznego mitu, zauroczeni perspektywą
oczyszczenia narodu z niebezpiecznych leków. Krótko mówiąc,
znajdujemy się teraz w samym środku wojny terapeutycznej skierowanej
przeciwko "narkotykom" oraz ludziom je kupującym
i sprzedającym.
II
Poważnym błędem jest widzieć modną współcześnie
walkę z narkotykami jako działanie podobne do zwalczania zarazków
duru brzusznego roznoszonych przez żywność i wodę. Zamiast
opierać tę walkę na obiektywnych (technicznych, naukowych)
podstawach, współczesna walka z narkotykami przypomina prohibicję
wielu innych substancji, których zakaz oparty jest na religijnych
bądź politycznych (rytualnych, społecznych) przekonaniach.
Stosując takie porównanie, nie wolno zapomnieć, że nie ma
takiego przedmiotu ani zachowania, które by nie było kiedykolwiek
nie zabronione, a którego prohibicja byłaby uznawana za racjonalną
i konieczną. Oto i niektóre przykłady takich prohibicji:
Żydowskie prawo żywieniowe oparte na Starym Testamencie zabraniało
przyjmowania niezliczonej ilości substancji. Pomimo iż posłuszeństwo
tym zasadom jest dzisiaj często racjonalizowane z punktu widzenia
higieny, nie ma ono nic wspólnego ze zdrowiem; zamiast tego
mamy tu do czynienia z podporządkowaniem się Bogowi, aby poprzez
swe uczynki uzyskać jego łaskę. Głosząc, co kto jeść może,
a czego nie może, jako sprawę najwyższej wagi dla wszech-troskliwego
bóstwa, wierzący podnoszą zwykle wydarzenia, jak jedzenie
koktajlu z krewetek, do rangi sprawy życia i śmierci. Podobne
zakazy żywieniowe charakteryzują również inne religie: muzułmanie
nie mogą jeść wieprzowiny, Hindusi wołowiny. Większość kodeksów
religijnych równie dobrze zaleca, jak i zabrania poszczególnych
napojów. Ceremonie religijne Żydów i chrześcijan wymagają
stosowania alkoholu, który, z drugiej strony, jest zabroniony
w "Koranie".
Obok jedzenia i picia seks jest jednym z podstawowych źródeł
ludzkiej satysfakcji ściśle kontrolowanym przez obyczaj, religię
i prawo. Niektóre z zachowań seksualnych, które były lub wciąż
są zakazane, od razu przychodzą na myśl: masturbacja, homoseksualizm,
stosunki heteroseksualne przed małżeństwem, stosunki heteroseksualne
uprawiane dla samej przyjemności, stosunki heteroseksualne
z użyciem prezerwatyw, diafragm i innych środków antykoncepcyjnych,
pozagenitalne stosunki seksualne, kazirodztwo i prostytucja.
Przez prawie dwieście lat samogwałt uznawany był za największe
zło zadawane fizycznemu i moralnemu zdrowiu ludzkości. Przesąd
dotyczący samogwałtu, istniejący zarówno wśród zwykłych ludzi,
jak i profesjonalistów, został dziś zastąpiony podobnym przesądem
dotyczącym narkotyków.
Słowne i obrazkowe opisy poszczególnych idei oraz wyobrażeń
stanowią przypuszczalnie pierwsze produkty ludzkiej wynalazczości
zakazane przez ludzką wynalazczość. Również i takie zachowanie
ma swoje korzenie w rytuałach religijnych, wyrażanych przez
żydowski zakaz tworzenia świętych obrazków, czyli wyobrażeń
Boga, a więc i człowieka stworzonego na jego podobieństwo.
Oto dlaczego w czasach przednowożytnych nie było wśród Żydów
malarzy i rzeźbiarzy. Z kolei wraz z rozpowszechnieniem się
piśmiennictwa wśród laików, kościół katolicki szybko przetłumaczył
"Biblię" na "wulgarny" język zbrodni.
Dlatego w XV wieku posiadanie angielskiej "Biblii"
było bardziej niezdrowe aniżeli posiadanie heroiny w czasach
współczesnych. Groziła za to kara spalenia na stosie. od tamtych
czasów posługiwano się niezliczoną ilością zakazów wobec słowa
pisanego i malarstwa, takich jak zakaz bluźnierstwa, herezji,
przewrotów, rokoszu, obsceniczności, pornografii itp. Zakazy
te były uprawomocniane przez tak zinstytucjonalizowanych pośredników
jak Rzymskokatolicki Indeks Ksiąg Zakazanych, prawa Comstocka
(w USA), palenie książek przez nazistów, czy też cenzura w
różnych reżimach totalitarnych.
Pieniądze, w postaci monet lub banknotów, to jeszcze jeden
produkt ludzkiej wynalazczości często zakazywany w historii.
Pomimo iż Stany Zjednoczone uznawane są za samo centrum świata
kapitalistycznego, jeszcze do niedawna posiadanie tam złota
było zabronione. Prywatne posiadanie tego metalu (w innej
postaci aniżeli pamiątek osobistych) jest, oczywiście, zabronione
we wszystkich krajach komunistycznych; dotyczy to również
wolnego obiegu gotówki między granicami. Religia chrześcijańska
i muzułmańska mocno potępiają również zarabianie pieniędzy
dla czystego zysku. Niegdyś robienie interesów było uznawane
za zło; czasami tylko "przesadne" zyski, nazywane
"lichwiarstwem", były potępiane. Interesy prowadzone
przez współczesne banki z pewnością uznane by były za lichwę
w czasach Średniowiecza.
Hazard, cieszący się powszechnym przyzwoleniem w czasach antycznych,
jest w światopoglądzie chrześcijańskim zakazany i uznawany
za grzech. Dotychczas jeszcze w wielu zakątkach USA, rozkwitający
pod płaszczykiem przedsiębiorstw prywatnych, ścigany jest
przez policję kryminalną; jednakże gdy znajduje się pod patronatem
państwa, przynosząc znacznie skromniejszy dochód właścicielowi,
uznawany jest za pozytywne przedsięwzięcie, agresywnie propagowane
przez rząd.
Krótko mówiąc, praktycznie nie istnieje taki przedmiot materialny
ani ludzkie zachowanie, które nie byłoby traktowane jako "niebezpieczne"
lub "szkodliwe" - wobec Boga, króla, interesu szkodliwego,
zdrowia ludzkiego, bezpieczeństwa narodowego - i jako takie
zakazane przez religijne, prawodawcze, medyczne, bądź też
psychiatryczne władze. W każdym przypadku istnienia takiej
prohibicji mamy do czynienia z jakimiś ceremonialno-rytualnymi
regułami, racjonalizowanymi i uprawomocnianymi na pragmatyczno-naukowym
gruncie: Zazwyczaj mówi się nam, że taka prohibicja chroni
zdrowie i dobrobyt poszczególnych narażonych jednostek czy
też grup; obecne prawo chroni dobrobytu - czyli spójności
- wspólnoty jako całości (co oznacza, że poszczególne reguły
zachowań posiadają funkcję ceremonialną).
III
Jak to się dzieje, że narkotyki są niebezpieczne
dla indywidualnych osób oraz dla społeczności jako kolektywu?
Co takiego sprawiają oficjalnie zakazane narkotyki - w szczególności
opium, kokaina i marihuana - co odróżnia ich wyraźnie od działania
pozostałych farmaceutyków? Jeśli przedstawiają one dzisiaj
tak wielkie zagrożenie, dlaczego nie zagrażały ludzkości przez
tysiąclecia? Każdy odpowiadając sobie na takie pytania musi
dojść do wniosku, że nasze kulturowo akceptowane narkotyki
- alkohol, tytoń, leki psychotropowe - przynoszą znacznie
więcej zła i powodują bardziej widoczną szkodliwość wobec
ludzi, aniżeli czynią to zakazane i tzw. niebezpieczne narkotyki.
Rzecz jasna, istnieje wiele religijnych, historycznych i ekonomicznych
przyczyn, które odgrywają rolę w decyzji ludzi o wyborze takich
czy innych narkotyków. jednakże, nie bacząc na takie historyczno-kulturowe
determinanty i zysk farmakologiczny z "niebezpiecznych
narkotyków", pozostaje jeszcze zwykły fakt, że nikt nie
zażywa, wącha i wstrzykuje sobie jakiejkolwiek substancji,
jeśli tego nie chce. ten prosty fakt powinien postawić "problem
narkotykowy" w zupełnie innym świetle, aniżeli to się
czyni w mass mediach. Oficjalne stanowisko jest takie, że
narkotyki stanowią zewnętrzne zagrożenie dla ludzi, czyli
takie jak inne naturalne katastrofy: erupcja wulkanu, huragan
itd. Wynika z tego taka konkluzja, że obowiązkiem nowoczesnego,
naukowo-oświconego państwa jest bronić swych obywateli przed
takim niebezpieczeństwem, a obowiązkiem obywatela jest akceptować
taką ochronę dla dobra społeczeństwa jako całości.
Tyle że tzw. "niebezpieczne narkotyki" nie powodują
takiego zagrożenia. Ich niebezpieczeństwo całkiem się różni
od zagrożeń ze strony huraganów czy zaraz i przypomina raczej
niebezpieczeństwo pochodzące z, powiedzmy, jedzenia świni
czy masturbacji. Rzecz w tym, że niektóre zagrożenia, a w
szczególności "naturalne katastrofy", zwalają się
na ans jako na "bierne ofiary", podczas gdy inne,
jak np. zakazana żywność czy stosunki seksualne, przytrafiają
się nam jako "aktywnym ofiarom" niejako z wyboru.
I tak oto ortodoksyjny Żyd może nie oprzeć się zjedzeniu kanapki
z szynką, a dewocyjny katolik skorzysta z prezerwatywy, co
nie oznacza, że będziemy uważać wieprzowinę czy też środki
antykoncepcyjne za "niebezpieczne", przed którymi
winno nas chronić państwo. Przeciwnie, wierzymy że mamy prawo
do wolnego wyboru.
W dzisiejszych czasach tzw. "problem narkotykowy"
posiada całkiem różne oblicza. Po pierwsze, istnieje problem
"cech farmakologicznych" narkotyków. Jest to problem
natury technicznej: wszystkie nowe wynalazki naukowe nie tylko
dostarczają nam rozwiązań starych bolączek, ale jednocześnie
tworzą nowe problemy. narkotyki nie są tu wyjątkiem. Po drugie,
dla jednostek istnieje problem pokusy używania poszczególnych
narkotyków, szczególnie tych, które uważa się, że posiadają
władzę "dawania" przyjemności. jest to problem moralny
i psychologiczny: niektóre narkotyki powodują nowe pokusy,
które trzeba nauczyć się opierać bądź cieszyć się nimi umiarkowanie.
Po trzecie, istnieje problem prohibicji niektórych narkotyków.
jest to częściowo problem polityczny i ekonomiczny, a częściowo
moralny i psychologiczny. Prohibicja narkotykowa konstytuuje
typ kozła ofiarnego, o czym mówiliśmy już wcześniej; stwarza
również nowe, olbrzymie problemy prawne, medyczne i społeczne
- problemy związane z autorytarno-prohibicyjnym wtrącaniem
się w prywatne życie ludzi.
Na dodatek polityka prohibicyjna sprzyja szerokiej gamie ekonomicznych
i egzystencjalnych opcji, które normalnie są niedostępne.
Dla członków klasy wyższej i średniej wojna przeciwko narkotykom
daje sposobność zyskania prestiżu, uznania społecznego za
dobrodziejstwo, styl życia, pracę i pieniądze.. I tak na przykład
pozwala żonom prezydentów amerykańskich odgrywać rolę świętej
Klaudyny i doktora Schweitzera na oczach ich mimowolnych beneficjantów,
którzy bez litości i wielkoduszności tych pań ponoć nie byliby
w stanie powstrzymać się przed braniem nielegalnych narkotyków.
Podobnie umożliwia ona lekarzom, a w szczególności psychiatrom,
rościć sobie pretensję do wyłączności w zwalczaniu mitycznych
nadużyć narkotyków. Przykłady te stanowią sam wierzchołek
góry lodowej. Wyliczanie niezliczonej rzeszy specjalizacji
w ramach "odwyku narkotykowego" oraz konkretnych
interesów ekonomicznych związanych z prohibicją mija się wręcz
z sensem.
Dla członków klas niższych wojna przeciwko narkotykom okazuje
się prawdopodobnie jeszcze bardziej korzystna. I tak na przykład
bezrobotna młodzież otrzymuje perspektywę zatrudniania się
w roli handlarzy narkotyków, a byłe ćpuny mogą zostać doradcami
ds. narkotyków. Robotnicy niewykwalifikowani mają z kolei
okazję prowadzenia infrastruktury narkotykowego imperium.
A koniec końców, wojna przeciwko narkotykom stwarza osobom
ze wszystkich warstw społecznych możliwość nadawania dramaturgii
swemu życiu oraz wyolbrzymiania swej indywidualności poprzez
buntowanie się przeciw jakiemuś medycznemu tabu.
Nie trudno zauważyć, jak istotną rolę w tworzeniu się narkomanii
odgrywa bunt. Współczesne subkultury manifestują odrzucenie
konwencjonalnych i legalnych narkotyków na rzecz pasjonującego
korzystania z niekonwencjonalnych i nielegalnych narkotyków.
Odwieczna konfrontacja pomiędzy władzą i autonomią, stałe
napięcie pomiędzy zachowaniem opartym na podporządkowaniu
się przymusowi a wolnym wyborem swojej drogi życia - te podstawowe
kwestie ludzkiej moralności i psychologii mają dzisiaj miejsce
w scenerii, gdzie zasadniczymi rekwizytami są narkotyki i
prawo przeciw nim skierowane.
IV
Amerykanie uznają wolność słowa i wyznania
za swe fundamentalne prawa. Do 1914 roku uważali również za
nie swobodę wyboru pożywienia i narkotyków. Dzisiaj jest już
inaczej. Co kryje się za tą tragiczną, moralną i polityczną
przemianą, która wyraża się w odrzuceniu przez większość Amerykanów
prawa do posiadania kontroli nad swoją dietą? Jak mogło do
tego dojść, jeśli weźmie się pod uwagę oczywiste podobieństwo
między rozpowszechnioną w systemach totalitarnych państwową
kontrolą nad wpływem idei na ludzkie myśli oraz praktykowaną
współcześnie państwową kontrolą nad doborem substancji zmieniających
świadomość?
Odpowiedź na to pytanie stanie się jasna, gdy zrozumiemy,
że żyjemy obecnie w społeczeństwie terapeutycznym tak, jak
średniowieczni Hiszpanie żyli w społeczeństwie teokratycznym.
I podobnie jak ludzie żyjący w społeczeństwie teokratycznym
nie wierzyli w rozdział kościoła i państwa, tylko w ich naturalny
związek, tak i my, żyjący w społeczeństwie terapeutycznym,
nie wierzymy w rozdział medycyny i państwa, tylko w ich naturalny
związek. Cenzura antynarkotykowa wynika z obecnej ideologii
w równej mierze, co cenzura książek wynikająca z dawnej ideologii.
Tłumaczy to dlaczego liberałowie i konserwatyści w równym
stopniu opowiadają się za kontrolą narkotyków
Uznawane za obiekty polityczne - narkotyki, książki, praktyki
religijne - wszystkie stanowią ten sam problem dla ludzi i
ich władców. Państwo, jako reprezentant poszczególnej klasy
i dominującej etyki, może uprawomocniać niektóre narkotyki,
książki praktyki religijne oraz odrzucać inne jako niebezpieczne,
zdeprawowane, obłąkańcze i diabelskie. Stan ten charakteryzuje
dzieje większości społeczeństw. Wynika z niego wszakże również
i taka opcja, że państwo może, jako reprezentant konstytucji,
uznać wyższość indywidualnego wyboru nad komfortem ogółu i
przyzwolić na wolny rynek narkotyków, książek i praktyk religijnych.
taki stan rzeczy tradycyjnie charakteryzował Stany Zjednoczone,
lecz i to się skończyło.
O ironio, w tzw. wolnym świecie Zachodu cenzura słowa i obrazu
jest powszechnie uznawana za moralny i polityczny anachronizm,
odrzucany przez intelektualistów i polityków, podczas gdy
dokładnie na odwrót jest w sprawie narkotyków. Argument, że
ludzie potrzebują ochrony państwa przed niebezpiecznymi narkotykami,
lecz nie przed niebezpiecznymi ideami staje się nielogiczny.
Nikt ni musi zażywać narkotyków, jeśli tego nie chce, tak
samo jak nikt nie musi czytać książek lub oglądać obrazów,
jeśli nie ma na to ochoty. państwo, obejmując nad tym kontrolę,
może to czynić tylko w tym celu, by podporządkowywać sobie
obywateli - chroniąc ich przed pokusą, podobnie jak to czyni
z dziećmi, nie pozwalając im na samostanowienie oraz ze społeczeństwem,
zniewalając je. W jaki sposób do tego doszło?
Wedle szeroko rozpowszechnionej opinii, państwo ma prawo kontrolować
poszczególne substancje, które wchłaniamy do ciała, w tym
w szczególności tzw. leki psychoaktywne. Zgodnie z taką perspektywą,
jeśli państwo musi dla dobra społeczeństwa kontrolować niebezpieczne
osoby, to musi też kontrolować niebezpieczne narkotyki. Ten
oczywisty błąd powstaje przez pomieszanie pojęć. Niebezpieczne
narkotyki mylone są z niebezpiecznymi uczynkami. W rezultacie,
współcześni ludzie "wiedzą", że niebezpieczne narkotyki
wpływają na niebezpieczne zachowanie ludzi i że po prostu
obowiązkiem państwa jest chronić swych obywateli przed narkotykami
tak, jak chroni się ich przed mordercami i złodziejami. Kłopot
w tym, że wszystkie te domniemane fakty są z gruntu fałszywe.
To oczywiste, że nie da się poprzeć solidnymi faktami argumentu
mówiącego o tym, że heroina czy kokaina jest zabroniona, ponieważ
jest uzależniająca czy też niebezpieczna. Z jednej strony
istnieje wiele leków, które, jak insulina i penicylina, pomimo
iż nie są uzależniające, niemniej jednak są zakazane - można
je dostać tylko na receptę. Z drugiej zaś strony istnieje
wiele rzeczy, które są o wiele bardziej niebezpieczne niż
narkotyki, lecz nie są wcale zakazane. W Stanach Zjednoczonych
można wejść do sklepu i wyjść z pistoletem, ale nie można
ot tak po prostu wejść do sklepu i wyjść z butlą barbituranów.
Jesteśmy pozbawieni takiej możliwości, ponieważ hołdujemy
medycznemu paternalizmowi, a nie prawu wyboru bez zwracania
się do lekarskich pośredników.
Uważam zatem, że tzw. problem nadużywania narkotyków stanowi
integralną część naszej dzisiejszej etyki społecznej, która
akceptuje "protekcję" i represje usprawiedliwiane
powoływaniem się na dobro zdrowia, co przypomina sytuację,
kiedy to średniowieczne społeczeństwa akceptowały wiele rzeczy
haniebnych, powołując się na dobro duszy. Nadużywanie narkotyków
(jak już wiemy) stanowi jedną z konsekwencji lekarskiego monopolu
na narkotyki - monopolu, którego wartość jest codziennie zachwalana
przez naukę i prawo, państwo i kościół, profesjonalistów i
laików. I podobnie jako dawniej kościół regulował relacje
człowieka do Boga, tak dzisiaj medycyna reguluje relacje pomiędzy
nim a jego ciałem. Odstępstwo od tych reguł uznaje się za
narkomanię (albo jakiś rodzaj "choroby psychicznej")
i jest karane przez stosowne sankcje medyczne, zwane leczeniem.
To prawda, że narkotyki mogą oddziaływać, dobrze lub źle,
na nasze ciała i umysły. Dlatego też potrzebujemy prywatnych
stowarzyszeń ochotników, którzy ostrzegali by nas przed zagrożeniami
płynącymi na skutek używania heroiny, soli czy też tłustej
diety. Tyle że jedną sprawą jest "informowanie"
nas o tym, co uznaje się za niebezpieczne substancje, a całkiem
inną "karanie" nas za to, że się z tym nie zgadzamy
i nie wypełniamy narzucanych nam poleceń.
Zgodnie ze słynną formułą Cezara masy ludzkie potrzebują tylko
dwóch rzeczy: panem et circenses, chleba i igrzysk. Jest to
nadal aktualne. W dzisiejszych czasach farmy i fabryki dostarczają
nam "chleba", podczas gdy kontrola narkotyków i
próby jej "obchodzenia" dostarczają nam "igrzysk".
Innymi słowy, zainteresowanie narkotykami i narkomanią w świecie
współczesnym oraz zwalczanie (nielegalnych) narkotyków, narkomanów
i odlotowców najlepiej można zrozumieć jako świecki rytuał,
który zajmuje, pasjonuje, terroryzuje i przynosi satysfakcję
ludziom współczesnym w większej mierze, aniżeli zawody gladiatorów
i cudy chrześcijan fascynowały i bawiły Rzymian.
To smutne, że wojna przeciwko narkotykom daje ludziom wiele
z tego, co już mają: fałszywe współczucie i prawdziwy przymus,
pseudo-naukę i prawdziwy paternalizm, wymyślone zarazy i ich
metaforyczne zwalczanie, oportunistyczną politykę i obłudną
hipokryzję. Ciężko jest widzieć, jak ktoś, kto wie coś o historii,
farmakologii oraz fundamentalnej ludzkiej walce o odpowiedzialność
za swoje czyny, nie potrafi zrozumieć, że wojna przeciwko
narkotykom jest tylko kolejnym rozdziałem w dziejach ludzkiej
głupoty.
V
Wierzę, że skoro uznaliśmy wolność słowa
i wyznania za fundamentalne ludzkie prawa, powinniśmy też
uznać wolność do rozporządzania naszym ciałem za fundamentalne
prawo oraz że, zamiast zakłamanego sprzeciwiania się lub bezmyślnego
promowania niebezpiecznych narkotyków, powinniśmy, parafrazując
słowa Woltera, przyjąć za regułę następującą maksymę: "Nie
podoba mi się to, co bierzesz, lecz gotów jestem umrzeć za
twoje prawo do tego".
Na koniec należy podkreślić, że wojna przeciwko narkotykom
jest najdłuższą i najbardziej wydłużającą się wojną tego pogmatwanego
stulecia. Trwa już dłużej niż I i II Wojna Światowa, wojna
w Korei i Wietnamie razem wzięte i nie widać jej końca. Tak
naprawdę jest to wojna przeciwko ludzkiemu pragnieniu i jako
taka nie może być nigdy wygrana.
przełożył z jęz. angielskiego Dariusz Misiuna
Thomas S. Szasz - profesor psychiatrii z New York State University,
znany powszechnie jako jeden z twórców anty-psychiatrii. Autor
takich książek jak "The Myth of Mental Illness"
i "The Drug Myth". Tekst "A plea for the cessation
of the longest war of the twentieth century: the war on drugs"
pochodzi z antologii "The Cost of Prohibition On Drugs",
opublikowanej nakładem Parlamentu Europejskiego w 1988 roku,
s. 188-199.